wtorek, 11 października 2016

Inauguracja zimowego sezonu w Tatrach - Czerwone Wierchy - Małołączniak 08.10.2016

 "Widziałem góry większe, wspanialsze i bardziej majestatyczne. W góry piękniejsze od Tatr jednak nie wierzę." - Stanisław Zieliński

Sezon zimowy w Tatrach rozpoczął się w tym roku początkiem października. Postanowiliśmy powitać go wyprawą na Czerwone Wierchy.
Punktem startowym Naszej trasy były Kuźnice, skąd wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Schroniska na Hali Kondratowej, najmniejszego ze wszystkich schronisk w Tatrach.




Następnie udaliśmy się zielonym szlakiem do Przełęczy pod Kopą Kondracką. Panowały tam prawdziwie zimowe warunki. Śnieg sięgał Nam niemal po pas. Dużym ułatwieniem było to, że droga została już wcześniej przetarta i nie musieliśmy męczyć się ze zbytnim odgarnianiem białego puchu.






Po dojściu do przełęczy ruszyliśmy dalej, czerwonym szlakiem, na szczyt Kopy Kondrackiej, najniższego z Czerwonych Wierchów o wysokości 2005 m n.p.m. Pogoda już od jakiegoś czasu ulegała stopniowemu pogarszaniu. Na szczycie Kopy zastała nas biała niekończąca się mgła, przez którą coraz ciężej można było dostrzec granicę pomiędzy niebem a ziemią.




Ruszyliśmy dalej, Małołącką Przełęczą na szczyt Małołączniak (2096 m n.p.m), niestety ze względu na słabą widoczność i nieprzetarty szlak w stronę Krzesanicy i Ciemniaka (pozostałych szczytów z grupy Czerwonych Wierchów), byliśmy zmuszeni zejść.



 Wracaliśmy bardzo przyjemną drogą, prowadzącą niebieskim szlakiem do Przsłopu Miętusiego a następnie na parking Gronik.





 Sezon zimowy w Tatrach uważamy za otwarty! :)

Profil trasy:

poniedziałek, 3 października 2016

Großglockner, czyli wyprawa na dach Austrii - dzień 4. Schronisko Erzherzog-Johann-Hutte - Großglockner


"Tu w górach przyjeżdża się, by stanąć przed pewną rzeczywistością geograficzną, która nas przewyższa i pobudza do zaakceptowania tej postawy, do pokonania samych siebie. I widać tych piechurów, turystów, alpinistów, tych wspinających się nierzadko, jak bohaterowie, którzy podążając za milczącym słowem, słowem majestatycznym, odwieczną wymową gór idą, wspinają się i pokonują samych siebie, aby dotrzeć na szczyty." Jan Paweł II


"Góry są środkiem, celem jest człowiek. Nie chodzi o to, aby wejść na szczyt, robi się to, aby stać się kimś lepszym." Walter Bonatti

Dzisiejszy poranek powitał nas zapierającym dech w piersiach widokiem. To był jeden z tych składowych momentów, kiedy czas dosłownie stanął w miejscu. Słońce powoli wynurzało się ponad rozciągające się po horyzont alpejskie szczyty. Niosło za sobą czerwono-pomarańczową łunę, która w dobitny sposób kontrastowała ze spowitym jeszcze nocą niebem.


Z takim widokiem przed oczami, zjedliśmy śniadanie, które w Erzherzog-Johann Huette
składa się z kawy/herbaty, chleba i dużej miski wypełnionej miniaturowym wersjami dżemów, pasztetów i innych. 
Po śniadaniu około godziny 7:00, zebrani, ruszyliśmy w stronę szczytu.
Droga do Kleinglocknera przebiegła w podobny sposób, co dnia poprzedniego. Początkowo prosta, przerodziła się w oblodzony, niebezpieczny żleb a następnie graniowe, kamieniste podejście, które cieszyło oczy.





Po dotarciu do Kleinglocknera od szczytu Grossglocknera dzieliła nas tylko przełęcz Glocknerscharte. Żeby ją pokonać należało zejść za pomocą ferraty w dół, gdzie zaczynał się ostatni już, wspinaczkowy odcinek prowadzący na wysokość 3798 m n.p.m.


 Wycena trudności tego podejścia według skali alpejskiej PD wynosi  I +, II. Było ono ubezpieczone w ringi i pojedyncze tyczki a znalezienie chwytów na ręce nie stanowiło tam większego problemu.
Głównym utrudnieniem, podobnie jak w przypadku przejścia graniowego, byli mijający się ludzie.
Po niespełna 30-40 minutach udało nam się dumnie stanąć obok Kaiserkreuzu, którym jest 350 kilogramowy cesarski krzyż, zdobiący szczyt Grossglocknera. 


Widok stamtąd był zachwycający a uczucie, które mu towarzyszyło, niezapomniane :) 





Jeszcze tego samego dnia, postanowiliśmy wrócić do Stüdlhütte. Dotarliśmy tam wieczorem, szczęśliwi, ale nieco zmęczeni. Zejście ze szczytu, ze względu na ciężkie warunki w żlebie i konieczność uważania na mijających się ludzi, zajęło nam więcej czasu, niż myśleliśmy. 
Planując wyprawę na Grossglockner, warto jest ubezpieczyć się w rezerwę czasową. 
Dzień zakończyliśmy pyszną zupą ogórkową i prysznicem, który uwaga, jest na żetony i trwa całe 3 minuty (koszt jednego żetonu to 4 euro)... W tych warunkach jest jednak czymś bezcennym.

I takim sposobem Dach Austrii został zdobyty!!! :)  

niedziela, 2 października 2016

Großglockner, czyli wyprawa na dach Austrii - dzień 3. Schronisko Erzherzog-Johann-Hutte - Klein Glockner



Atak szczytowy zaplanowaliśmy na niedzielę. Wszystko szło zgodnie z planem. Słoneczna bardzo stabilna pogoda miała ulec zmianie dopiero za kilka dni.
Jednym słowem wymarzone warunki :)




Dzięki temu, że poprzedniego dnia dotarliśmy do schroniska Erzherzog-Johann mogliśmy pozwolić sobie na to, żeby dzisiaj wstać trochę później i ruszyć na trasę około godziny 9.
Czas pokonania drogi ze schroniska na główny wierzchołek Großglocknera może wynosić od 2 nawet do 5 godzin. Uzależniony jest głównie od ilości osób, które w tym samym momencie chcą również zdobyć szczyt oraz od ludzi, którzy ze szczytu wracają.



Po opuszczeniu schroniska ruszyliśmy w stronę góry. Początkowo trasa wiodła  po kamiennym płaskim terenie, następnie weszliśmy na teren lodowca, gdzie dobrze widoczna ścieżka prowadziła po równym terenie, który po chwili zmienił się w mocno przewyższone śnieżne zbocze. Po jego pokonaniu znaleźliśmy się znowu na płaskim.










Był to idealny moment aby odpocząć, przygotować się do wspinaczki, związać liną, przygotować sprzęt oraz zamienić kije na czekan. W dalszym terenie wszystkie te czynności mogłoby okazać się bardzo trudne.



W tym momencie stanęliśmy przed konkretnym wyzwaniem. Tym wyzwaniem było pokonanie bardzo oblodzonego i stromego żlebu. Najlepiej jest go pokonać wcześnie rano, jeszcze zanim śnieg i lód zacznie się topić. Po prawej stronie, idąc w górę, znajduje się trochę ringów. Ich rzadkie rozłożenie nie ułatwia jednak sytuacji. Stromy żleb w warunkach jakie nas zastały stanowił zdecydowanie najtrudniejszą przeszkodę w dojściu na szczyt. Dodatkowym utrudnieniem byli przewodnicy, którzy prowadząc swoich klientów, prawie że na siłę przepychali się między innymi wspinaczami.


Po pokonaniu żlebu dotarliśmy do miejsca, gdzie można było zdjąć i zostawić raki oraz czekan, później mogłyby tylko przeszkadzać, ponieważ dalsze przejście prowadziło skalistą granią.



Na grani znajdowało się dużo tyczek, które stanowiły bardzo wygodne punkty asekuracyjne. Tyczki były poustawiane do samego Kleinglocknera (niższego wierzchołka, oddzielnego od Grossglocknera przełęczą Glocknerscharte).




Tego dnia udało nam się zdobyć Kleinglockner. Graniowe przejście nie stanowiło większego problemu. Jest bardzo przyjemne i przepełnione pięknymi widokami chociaż, może być bardzo trudne dla osób wrażliwych na ekspozycje, a dla mających jakikolwiek lęk wysokości lub przestrzeni, może stanowić barierę praktycznie nie do przejścia.









Największym niebezpieczeństwem w tym miejscu byli mijający się ludzie. Nie ma tam podziału na drogę dla wchodzących i schodzących. Jest tylko jedna droga, na której muszą zmieścić się wszyscy.


Po zdobyciu Kleinglocknera wróciliśmy na zasłużony odpoczynek spowrotem do Erzherzog-Johann Hutte. Schronisko tętniło życiem. Postanowiliśmy położyć się wcześniej, żeby nadrobić siły przed kolejnym górskim dniem.