czwartek, 28 lipca 2016

Alpejska wyprawa - dzień 7 i 8. Aosta-Montreux-Lozanna

Dzisiejszego dnia zbudziliśmy się na polu namiotowym Les Iles Pollein w samej stolicy Doliny Aosty,  Aoście :)
Zebraliśmy rzeczy i ruszyliśmy do oddalonego o około 3 km centrum.
Aosta okazała się być pięknym miastem wokół którego rozciągały się pasma górskie.


Centrum było przepełnione licznymi, klimatycznymi restauracjami, które aż prosiły się żeby do nich zajrzeć.




Ostatecznie wybraliśmy poleconą wcześniej przez miejscową kobietę pizzerię Betaclan. To był prawdziwy strzał w dziesiątkę.
Wystrój pizzerii grał w oczach. Na środku głównego pomieszczenia stał fortepian, obok którego leżała sterta winyli. Poza tym było tam sporo innych instrumentów, zdjęć i rzeczy związanych z muzyką. Oczywiście pizzeria nie zachwycała tylko samym wyglądem, zachwycała też smakiem. Zjedliśmy tam dwie niesamowite pizze. Na samą myśl o nich, człowiek od razu robi się głodny...


Po zwiedzeniu Aosty naszym kolejnym celem było szwajcarskie już miasto Montreux. Aby się tam dostać musieliśmy najpierw dojechać busem do Martigny, skąd jeździły bezpośrednie pociągi do Montreux.
Wybraliśmy to miejsce jako kolejny cel naszej wycieczki z dwóch powodów. Po pierwsze, znajduje się tam pomnik Freediego Mercurego, po drugie miasto słynie z pięknego widoku na jezioro Genewskie.


Zarówno pomnik jak i widok jeziora wywarły na nas duże wrażenie... poza nimi w mieście znajdowała się bardzo duża ilość hoteli i sklepów z dziwnym asortymentem.


Warto również dodać, że Montreux jest miastem poziomowym, zbudowanym na wzgórzu.
Po nocy spędzonej na scenie opuszczonego amfiteatru, nieopodal jeziora, udaliśmy się rannym pociągiem do Lozanny. Była ona ostatnim przystankiem naszej podróży.
Lozanna podobnie jak Montreux jest miastem poziomowym położonym nad jeziorem Genewskim. Ma bardzo długi i stromy rynek.
Z Lozanny o godzinie 11 mieliśmy zarezerwowany powrotny autokar, który w ciągu 20 godzin miał nas przenieść z powrotem do Polski.... i takim właśnie sposobem nasza podróż dobiegła końca.



wtorek, 26 lipca 2016

Alpejska wyprawa - dzień 6. Schronisko Ayas - Aosta

Nie był to koniec niespodzianek czekających na nas w schronisku. Dowiedzieliśmy się, że jeżeli będziemy mieć ochotę możemy przenieść się po 4 rano do pokoju.
To było bardzo ciekawe zjawisko, równo o godzinie 4 rano całe schronisko ożyło a jadalnia wypełniła się ludźmi.
Tego dnia potrzebowaliśmy zregenerować siły i trochę nadrobić sen więc skorzystaliśmy z propozycji naszych gospodarzy i udaliśmy się jeszcze na jakiś czas odpocząć.


Po śniadaniu na tarasie (bardzo godna polecenia jest podawana w schronisku caffè corretto, czyli kawa wzmocniona grappą) ruszyliśmy w kierunku położonego niżej w dolinie schroniska Mezzalama.
W lecie droga do schroniska jest momentami nieprzyjemna. Prowadzi po drobnych, osuwających się kamieniach... Widoki jednak rekompensują wszystkie niedogodności.





Mezzalama jest niewielkim lecz klimatycznym schroniskiem do którego warto zajrzeć będąc w okolicy.
Ze schroniska prowadziła kręta wijąca się w dół doliny dróżka.
W dole widać było już miasteczko Saint Jącques do którego zmierzaliśmy.
Dolina Aosty robi naprawdę niesamowite wrażenie, jest połączeniem bujnej zieleni, pieknych kwiatów, wysokich wodospadów z widocznymi stamtąd majestatycznymi, pokrytymi śniegiem czterotysięcznikami i budzącymi grozę potężnymi lodowcami.




Trudno powiedzieć czy był to przypadek, ale w pewnym momencie spotkaliśmy naszego znajomego z Ayas, którym był ojciec rodziny i właściciel schroniska, schodzący również w dół doliny.
Jak tylko nas zauważył od razu zaproponował podwiezienie do miasteczka.

Samochód naszego towarzysza okazał się być zaparkowanum pick-upem, nieopodal szlaku na bardziej płaskiej już części drogi.


Po szalonej, trwającej około godziny, przepełnionej pięknymi widokami jeździe na przyczepie pick-upa  znaleźliśmy się w Saint Jacques, skąd ''Ojciec'' pomógł nam załapać się na busa do miejscowości Champoluc.


 Champoluc okazało się być przewspaniałym, bardzo klimatycznym miasteczkiem. Udaliśmy się tam do restauracji, która w ofercie miała przeróżne alkohole i typowe dla regionu przysmaki.
Szczególnie godne pochwały były włoskie sery, serwowane z dodatkiem miodu oraz starannie dobrane wędliny.


Z Champoluc autobusem pojechaliśmy prosto do Verres. Już przy wjeździe miasteczko przywitało nas pięknym zamkiem, położonym na wzgórzu.
Było znacznie większe od Champoluc. Stanowiło też miejsce, z którego znacznie łatwiej można było dojechać się do Aosty.
Tego wieczoru podjęliśmy decyzję, że spróbujemy jakoś dostać się do Aosty. Z powodu późnej godziny busy już nie kursowały, dlatego ruszyliśmy pieszo w stronę celu z nadzieją, że złapiemy stopa. Początkowo jednak nikt się nie zatrzymywał. Sytuacja zrobiła się trochę dramatyczna. W momencie kiedy zaczynaliśmy się poddawać i rozglądać za "potencjalnym" miejscem na rozbicie obozu,  pojawił się nasz ratownik. Dzięki niemu przemierzyliśmy jedną-trzecią drogi... jednak nie minęło 15 minut! kiedy kolejny kierowca zatrzymał się obok nas i zaproponował podwiezienie do samego pola namiotowego Les Iles Pollein w Aoście :)
Pole namiotowe było ostatnim punktem tego szalonego dnia.

A to nagranie z wycieczki pick-upem :)


Alpejska wyprawa - dzień 5. Breithorn i Schronisko Ayas

Żadne z nas nie spodziewało się tak niesamowitego widoku rano po przebudzeniu.
Wschód słońca w takim miejscu to był najlepszy pomysł na ten poranek.


Plan na dzisiejszy dzień Breithorn.
Pobudkę zaplanowaliśmy na 4:30 żeby jak najszybciej wyruszyć na szlak. Wcześnie rano śnieg jest bardziej zmrożony i łatwiej się po nim chodzi, dlatego też warto wybierać jak najwcześniejsze godziny na wyjście w góry.


Przed wyruszeniem w trasę wstąpiliśmy jeszcze do schroniska w którym już o godzinie 5 panował ruch.
Zjedliśmy szybkie śniadanie, zaopatrzyliśmy się w zapas wrzątku na trasę i mogliśmy zacząć przygotowywać się do drogi.
Szlak którym szliśmy przebiegał w wielu miejscach przez lodowiec, co wymagało związania się liną i użycia pętli ratunkowych na wypadek wpadnięcia do szczeliny.


Początkowo trasa przebiegała wzdłuż stoków narciarskich przez Plateau Rosa, następnie po dotarciu do podnóża Klein Matterhornu znaleźliśmy się na rozległej przełęczy Breithorn Pass skąd można było zobaczyć poprowadzone liczne drogi zarówno na szczyt Breithornu jak również w kierunku innych szczytów masywu Monte Rossa.


Po krótkim odpoczynku na przełęczy rozpoczęliśmy podchodzenie trasą poprowadzoną zygzakiem po zboczu góry.
Podejście nie było ani trudne ani strome jednak z każdym krokiem coraz bardziej dawała się we znaki wysokość która wymuszała na nas coraz częstsze przerwy.


Nareszcie po około 2,5 godziny znaleźliśmy się na upragnionym zachodnim wierzchołku Breithornu z którego rozciągał się niesamowity widok na otaczające go sąsiednie szczyty: Polux i Castor, Lyskamm, Dufourspitze i Matterhorn Klein, a także na dolinę która wypełniona była olbrzymim porozcinanym przez szczeliny lodowcem.


Po chwili przerwy i radości na szczycie ruszyliśmy dalej w drogę rozpoczynając od niesamowitego przejścia granią prowadzącego na przełęcz łączącą wierzchołek zachodni z wierzchołkiem centralnym.


Naszym następnym celem było schronisko Rifugio Guide Valle d'Ayas. Droga do niego początkowo prowadziła tak samo jak na Castor, jednak przed samą górą należało skręcić w prawo, w dół, w stronę doliny Aosty. 


Uwaga: trasa z Breithornu w stronę Castora i dalej w stronę schroniska Ayas jest wymagająca. Znajduję się tam dużo szczelin. Osoby bez odpowiedniego przygotowania i wiedzy na temat prawidłowego poruszania się po lodowcu nie powinny się jej podejmować.


Schronisko Ayas, pomimo że na zewnątrz wydawało się całkiem zwyczajne, w środku było wypełnione magiczną atmosferą. W jadlani zastał nas widok tłumu uśmiechniętych alpinistów zajadających się pysznym włoskim makaronem.


Jest to schronisko rodzinne, prowadzone przez przesympatycznych ludzi. Będąc tam, czuliśmy się jakbyśmy także należeli do części tej rodziny. 
Włosi po raz kolejny udowodnili, że są niesamowicie gościnnym narodem. Po przyjściu do schroniska okazało się, że nie ma w nim wolnych miejsc noclegowych, jednak przynieśli nam wygodne materace i zaproponowali możliwość noclegu na podłodze w jadalni. W momencie kiedy chcieliśmy zapłacić usłyszeliśmy, że nasi gospodarze czuliby się źle gdyby przyjęli pieniądze za to, że śpimy na podłodze.


Zaskakiwali nas jeszcze wielokrotnie tej nocy, przynosząc poczęstunek w formie makaronu, a także podając darmowe wino.

niedziela, 24 lipca 2016

Alpejska wyprawa - dzień 4. Biwak pod Cervino

Po spokojnej nocy spędzonej w Gandegghütte wyruszyliśmy w drogę do następnego punktu naszej wyprawy jakim było włoskie schronisko Refugio Guide del Cervino.


Droga do schroniska prowadzi głównie po trasach narciarskich położonych na lodowcu (raczej pozbawionego szczelin) z tego względu trasa jest raczej prosta i bezpieczna.



Tego dnia natrafiliśmy na prawdziwie alpejską słoneczną pogodę. Obowiązkowym wyposażeniem są okulary z mocnym filtrem i krem minimum faktor 50, w takich warunkach nawet krótka trasa bez nich staje się niemożliwa lub co najmniej uporczywa.
Po około dwóch godzinach marszu docieramy do Cervino które okazuje się bardzo przyjaznym schroniskiem z niesamowicie życzliwą obsługą,


W połowie drogi mijamy też szwajcarskie schronisko Refugio Teodullo.
Warto podkreślić to że ceny we włoskich schroniskach są o połowę niższe niż po stronie Szwajcarskiej.
Po dotarciu do podnóży Klein Matterhornu doszło do załamaniu pogody.  Poskutkowało dodatkowym, bardzo wskazanym dniem aklimatyzacji w okolicach schroniska na wysokości 3500m. n.p.m.

Następną noc spędziliśmy w namiocie, który rozbiliśmy na tarasie opuszczonego domku, dzięki czemu mieliśmy świetną ochronę przed wiatrem i deszczem.
Widoki z biwaku zapadną na zawsze w pamięci.

 
Podsumowanie:
- Droga do Refugio Guide del Cervino nie wymaga szczególnych umiejętności jednak jest dosyć długa i dla niektórych może być męcząca
- Ceny w schroniskach włoskich są o wiele niższe niż po stronie szwajcarskiej
- W schroniskach Gandegghütte, Teodullo i Cervino nie ma bieżącej wody
- Ogólnie Włosi nie robią żadnego problemu jeśli ktoś chce rozbić namiot w okolicy schroniska
- Tiramisu w schronisku Cervino jest jedyne w swoim rodzaju

sobota, 23 lipca 2016

Alpejska wyprawa - dzień 3. Zermatt - Schronisko Gandegghütte

Dzisiaj rano nie obudził nas tak jak przewidywalismy budzik, ale głośny,  uciążliwy dla ucha, gromiacy z nieba deszcz. Jedyne co mieliśmy w głowach to ostatki nadziei, że to jest tylko sen i po przebudzeniu zobaczymy zatopione w słońcu góry.
Rzeczywistość jednak była inna... pogoda dalej nas nie rozpieszczała, mimo to szybko złożyliśmy namiot, spakowaliśmy rzeczy na dzisiejszy dzień i ruszyliśmy w drogę.
To był najlepszy wybór z możliwych. Po jakimś czasie wędrówki w mżawce nie widząc za chmurami gór, które powinniśmy widzieć, nagle rozpogodziło się iiii naszym oczom ukazał się upragniony Matterhorn!


Dzisiejszego dnia naszym celem było dotarcie w okolice schroniska Gandegghütte.
Niedługo po opuszczeniu Zermattu i wkroczeniu w piękne alpejskie lasy i doliny znaleźliśmy w magicznym miejscu. Była nim kawiarnia Zum See prowadzona przez uroczych ludzi Maxa i Greti.



Po wypiciu kawy która w takim miejscu smakowała jak nigdy dotąd ruszyliśmy dalej.
(Kiedy chcieliśmy kupić tam wodę,  dowiedzieliśmy się od właścicielki kawiarni że niedaleko płynie źródełko, z którego możemy uzupełnić wodę za darmo)


Droga, którą wędrowaliśmy była bardzo dobrze oznaczona. Spotkaliśmy gromadkę uroczych świstaków.


Oczywiście nie ominął nas deszcz, jednak po kilku godzinach marszu dotarliśmy do celu.


Z okolic schroniska rozpościerał się niesamowity widok na wszystkie strony świata, a przede wszystkim na nasz cel Bereithorn.



Poznaliśmy tam też najwyższej mieszkającego na świecie kota.